"Jestem Mozartem z getta/To ja uderzam w klawisze" - rapuje w piosence "Piano Man" 34-letni Curtis Jackson. Dla ziomali Boo Boo. Dla świata 50 Cent. Nie wygląda na Mozarta: opuszczone poniżej linii bielizny spodnie, ...

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij
"Jestem Mozartem z getta/To ja uderzam w klawisze" - rapuje w piosence "Piano Man" 34-letni Curtis Jackson. Dla ziomali Boo Boo. Dla świata 50 Cent. Nie wygląda na Mozarta: opuszczone poniżej linii bielizny spodnie, lśniące, pokryte tatuażami bicepsy, na głowie bandana i zawadiacko przekrzywiona bejsbolówka.


Czasem jeszcze za duże futro, zgrabnie przykrywające szytą na miarę kamizelkę kuloodporną. No i obowiązkowy złoty łańcuch na piersi. Nie demonstrujesz stanu posiadania - nie istniejesz. Takie są reguły. A Fifty zna reguły. W końcu jest najbardziej jaskrawym przykładem oszałamiającej kariery "od gangstera do bohatera". A jego podziurawione kulami oblicze to dla milionów dzieciaków z całego świata nowa twarz amerykańskiego snu.

"Oglądam mnóstwo filmów i wiem, że czarny charakter musi zginąć. Takie jest prawo kina. Ale w życiu zdarza się, że czarny charakter podpisuje kontrakt płytowy i zostaje supergwiazdą" - mówił jakiś czas temu artysta w wywiadzie dla "Rolling Stone'a". Doskonale zdaje sobie sprawę, że on sam, jako czarny charakter, nie miał prawa przeżyć. Tacy jak on na Queensie kończą w rzece albo - w najlepszym razie - za kratkami.

Zna to od dziecka. Gdy przyszedł na świat 6 lipca 1975 r., jego matka Sabrina miała zaledwie 15 lat. Ojca nie poznał do dziś. Zresztą rodzicielkę, która utrzymywała siebie i małego Curtisa z handlu crackiem, też niezbyt dobrze pamięta. Miał osiem lat, kiedy ktoś przyszedł do niej, dosypał czegoś do drinka i nieprzytomną zostawił na podłodze. Wychodząc, odkręcił gaz. Od tej pory nasz bohater mieszkał u dziadków. A wychowywał się na ulicy. Mały Curtis, wbrew przestrogom dziadków, bardzo szybko poszedł w ślady mamusi. Dilować zaczął jako dwunastolatek. Opiekunom mówił, że zostaje w szkole na dodatkowych zajęciach. W rzeczywistości rozprowadzał crack i heroinę. Szło mu to dużo lepiej niż nauka . W wieku 18 lat zarabiał na prochach pięć tysięcy zielonych dziennie. Rozbijał się po Queensie na zmianę białą toyotą land cruiser i białym mercedesem 400 SE. Miał swoją strategię: wynajmował lokalnych złodziejaszków, żeby okradali konkurencję. Zostawiał im kasę, sam przejmował towar. Dzięki temu mógł sprzedawać po cenach promocyjnych. Ale też dzięki temu przysporzył sobie paru zapamiętałych wrogów.

Latem 1994 r. został aresztowany dwukrotnie w ciągu trzech tygodni. Spędził pół roku w więzieniu (gdzie wreszcie zrobił maturę i... dorobił się swojego pseudonimu nawiązującego do wydawania reszty w handlu dragami). Wiedział już, że pędzi po równi pochyłej. Dlatego postanowił zwrócić się w stronę muzyki. Już wcześniej, dla zabawy, rymował do przygotowanych przez kumpli podkładów. Teraz wziął się za to na poważnie. I - jak wspomina - zaczął przymierać głodem.

Nagrany pod okiem zachwyconego jego możliwościami Jam Master Jaya z grupy Run DMC album nigdy się nie ukazał. Dopiero w 1999 r. Jacksonowi udało się podpisać kontrakt z wytwórnią Columbia. W undergroundowych kręgach furorę zrobił wówczas jego pierwszy singiel "How To Rob" ("Jak rabować"), w którym opowiadał ze szczegółami, jak to okrada największe gwiazdy czarnej muzyki. Sprowokowani giganci w rodzaju Jaya-Z czy Wyclefa Jeana odpowiedzieli na zaczepkę, Fifty był z siebie dumny. Jego oficjalny debiut, zatytułowany "Power of the Dollar" ("Siła dolara"), miał wkrótce trafić na rynek. I wszystko byłoby jak w bajce, gdyby nie pewne pechowe przedpołudnie 24 maja 2000 r., gdy gangsterski świat upomniał się o swoje prawa.

Świeżo upieczony raper miał właśnie kręcić teledysk do swojego kolejnego singla "Thug Love", gdy do samochodu, w którym siedział, podbiegł jakiś człowiek i zaczął strzelać. Fifty dostał dziewięć (!) kulek: m.in. w dłoń, biodro, obie nogi, pierś i lewy policzek. Jednak przeżył. Jackson dochodził do siebie przez pięć miesięcy. Dziś jedyną pozostałością po strzelaninie jest lekka wada wymowy (fragment jednej z kul został w języku), która przydaje jego rymom charakterystycznej miękkości. I nieugięte przekonanie, że cudowne ocalenie to znak, który wreszcie uświadomił byłemu dilerowi, że ma inne cele w życiu niż zabawa w gangsterkę. A upragnioną kasę może zarabiać, nie tylko angażując się w szemrane interesy. "Drugiej szansy już nie dostanę" - zaczął od tej pory powtarzać.

Nie było mu łatwo. Po strzelaninie Columbia zerwała z nim kontrakt, "Siła dolara" nigdy się nie ukazała, a on sam znalazł się na czarnej liście firm płytowych. W obliczu braku perspektyw na ojczystym rynku 50 Cent wyniósł się do Kanady, gdzie wspólnie z kumplami z założonego przez siebie zespołu G-Unit zaczął nagrywać kolejne półoficjalne mixtape'y. W 2002 r. jeden z nich, "Guess Who's Back?", trafił w ręce Eminema. Gwiazdor był zachwycony i z miejsca podpisał z "cenciakiem" opiewający na milion dolarów kontrakt.

Nie pomylił się. Wydany wiosną 2003 r. oficjalny debiut rapera, zatytułowany znamiennie "Get Rich or Die Tryin" ("Wzbogać się lub zgiń, próbując"), okazał się hiphopowym hitem sezonu. Kolejny, "The Massacre", powtórzył ten sukces. A pnący się po zarobkowej drabinie z impetem jumbo jeta Fifty niemal z miesiąca na miesiąc stał się udzielnym księciem gangsta rapu. Wystarczy wsiąść do metra w którejkolwiek z zachodnich metropolii, by natknąć się na co najmniej kilku wykapanych 50 Centów.

Wiadomości Kraków, Wydarzenia Kraków

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!