Z Maciejem Stuhrem o jego roli w filmie "Operacja Dunaj", który w piątek wchodzi do krakowskich kin, rozmawia Krzysztof Kucharski Pamiętasz jeszcze teatralny debiut postacią Raskolnikowa w "Zbrodni i karze" ...

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij
Z Maciejem Stuhrem o jego roli w filmie "Operacja Dunaj", który w piątek wchodzi do krakowskich kin, rozmawia Krzysztof Kucharski


Pamiętasz jeszcze teatralny debiut postacią Raskolnikowa w "Zbrodni i karze" Dostojewskiego?
To strasznie stare czasy.

Chciałem przywołać "Zbrodnię i karę" w kontekście filmu "Operacja Dunaj". W końcu napadliśmy na południowych sąsiadów. Intryguje mnie, czy rozpatrywaliście to w kategoriach zbrodni i kary?
Nasz film jest rodzajem baśniowej komedii z historią w tle i Dostojewskiego nie da się w to wciągnąć. Nasi scenarzyści: Jacek Kondracki i Robert Urbański nie chcieli nas wikłać w jakieś ostateczności i wymyślili, że choć jako bohaterowie tej opowieści demolujemy czołgiem wiejską gospodę tuż za polską granicą, to w sumie jesteśmy sympatyczni, mili i... podbijamy serca Czeszek.

Czechom się ten ostatni element podobał?
A tobie by się podobał? Politycznie, też ci nasi biedni i młodzi żołnierze, których gramy, są wplątani w jakąś aferę, widzą i czują, że to jakoś śmierdzi i nie są przekonani do roli uzdrowicieli systemu, bo widzą, że tej "bratniej pomocy" nikt od nich nie oczekuje. Tak, że kategoryczny Dostojewski raczej kompletnie tu nie pasuje.

Poza paroma czeskimi artystami nikt z was tych czasów nie dotknął. Dla Ciebie też to było coś odległego, jakaś bitwa pod Grunwaldem czy odsiecz wiedeńska?
Nie tak. To zawsze będzie fakt zupełnie inny niż pozostałe. Zobacz teraz, w medialnej - powiedzmy - świadomości żyliśmy Powstaniem Warszawskim'44, wcześniej Sierpniem'80. Tym się nawet chwalimy Europie czy światu, jeśli nas świat i Europa słucha.Pamiętać warto nie tylko o chwilach chwały. Myślę, że przesłaniem artysty jest mówić o tej drugiej stronie medalu. Dla naszej kondycji narodowej trzeba też właśnie przywoływać takie historie, które chwały nam nie przynoszą. Abstrahujmy od komediowej historii, którą opowiadamy, bo fakty przecież nie są wesołe. Lepiej, że ten film powstał u nas, niż ten nasz historyczny blamaż mieliby podnieść Czesi. Dobrze, że tej nieciekawej przeszłości się nie wypieramy.

Myślisz, że Czesi byliby surowi w ocenie naszej roli?
Nie wiem. My chcieliśmy zmienić złe wrażenie, nie wybielając się z uczestnictwa w tym politycznym draństwie. Czas na najbardziej poważne rozliczenie roku 1968 i naszego uczestnictwa w tej agresji ciągle jest. Od strony artystycznej to zawsze będzie sprawa otwarta. Może wyglądać tak, jak ją przedstawiliśmy. Nie wszyscy z takim spojrzeniem muszą się zgadzać. Artysta nie powinien być polityczną tubą. Może powstaną poważne filmy na ten temat.

Na "Operację Dunaj" można popatrzeć jak na unik.
Dramatyzujesz. Powiem teraz coś w imieniu naszych autorów, scenarzystów, bo wszyscy chcieliśmy przede wszystkim zrobić film dla widzów, ale z historią w tle.

Owym tłem jest inwazja wojsk Układu Warszawskiego, w tym polskiego wojska, na Czechosłowację w nocy 21 sierpnia 1968 roku...
Co tu kryć, nieczęsto się zdarza, że jakieś czołgi wjeżdżają do sąsiedniego kraju dla czyjegoś politycznego widzimisię. Niby w obronie demokracji. W tej naszej historii jeden z czołgów gdzieś się zawieruszył. I już to samo wydaje się zabawne. Z tego filmu, właściwie subtelnej komedii, wynika, że załoga mocno zużytego czołgu "Biedroneczka", ze mną jako załogantem, dokładnie działonowym Florianem Sapieżyńskim, byłym studentem, któremu się wydaje, że zna trochę język czeski, nie tylko nie czuje się agresorem, ale do braci Czechów jest bardzo przyjaźnie nastawiona. A w ową historię wbrew swej woli została wplątana rozkazem. Taka jest obiektywna prawda. Prawie nikt z Polaków tej agresji nie popierał, ani udziału w niej naszego wojska.

Strasznie poważnie rozmawiamy. Wyście z Czechami po pracy na filmowym planie też toczyli takie poważne rozmowy?
Właśnie nie! To dziennikarze tak sobie to wyobrażają. My rozmawialiśmy o czeskich i polskich filmach, śmialiśmy się wzajemnie ze swoich języków, które dla obu stron brzmią bardzo śmiesznie. Nas mocno śmieszy język czeski, a ich polski. To były rozmowy pełne humoru. Ich śmieszy nie mniej polskich słów niż nas czeskich. To było fantastyczne, bo spontanicznie wybuchaliśmy śmiechem w najbardziej nieoczekiwanych momentach.

Czyli atmosfera była wesoła i przyjazna, jak się domyślam?
Sądzę, że bardzo, i z całą pewnością nie jestem w tym przekonaniu odosobniony. To nie było moje pierwsze spotkanie z aktorami naszych sąsiadów. Wspomnienia mam jak najlepsze. W "Truskawkowym winie" u Darka Jabłońskiego grałem z czeskim aktorem Jirim Machackiem i słowacką aktorką Zuzaną Fialovą. Teraz jestem już po wstępnych rozmowach z czeskim reżyserem. Jeśli to ma być początek mojej międzynarodowej kariery, to chyba będzie ona miała czeski charakter.

W "Operacji Dunaj" grasz z legendami czeskiego filmu i teatru...
Poczynając od laureata Oscara Jiri Menzla, który zachował wręcz dziecięcą skłonność do psot i żartów. Potrafił w trakcie obiadu pozawiązywać pod stołem wszystkim sznurówki tak, by przy próbie opuszczenia towarzystwa poprzewracali się. Mając takich partnerów, trzeba bardzo uważać, żeby nie zostać w tyle.

Wiadomości Kraków, Wydarzenia Kraków

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!