Z Ryszardem Bugajem, doradcą ekonomicznym prezydenta RP, rozmawia Tomasz Ł. Rożek Złoty z waluty kruchej, nieodpornej na wstrząsy zewnętrzne stał się w ciągu ledwie kilku tygodni wyjątkowo mocny.

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij
Z Ryszardem Bugajem, doradcą ekonomicznym prezydenta RP, rozmawia Tomasz Ł. Rożek


Złoty z waluty kruchej, nieodpornej na wstrząsy zewnętrzne stał się w ciągu ledwie kilku tygodni wyjątkowo mocny. Czy ta huśtawka nie jest aby niestrawna dla naszej gospodarki?
Zawsze dzieje się tak, że gwałtowne umocnienie albo i osłabienie waluty uderza w gospodarkę - cierpią albo importerzy, albo eksporterzy. Oczywistym jest, że przy mocnej walucie są problemy z opłacalnością eksportu - nasze towary stają się po prostu mniej konkurencyjne. Ale nie wierzę, że dojdzie do powtórki z lata ubiegłego roku, gdy euro kosztowało niewiele ponad 3 zł. Złoty był wówczas przewartościowany, kurs był sztucznie pompowany przez spekulantów. Ale nie tylko przez nich - inwestowanie na tzw. rynkach wschodzących było wówczas modne.

Skąd pewność, że to się nie powtórzy? Ekonomiści podkreślają, że wrócił wilczy apetyt inwestorów na Polskę i kraje byłego bloku postkomunistycznego. Nasza waluta może stać się znów regionalnym hegemonem.
Globalny kryzys gospodarczy zatrzymał napływ inwestycji zagranicznych i pompowanie dużych pieniędzy na rynkach wschodzących budzi nadal pewne obawy. Moim zdaniem nie ma więc powrotu do sytuacji sprzed roku - zbyt wiele wydarzyło się w gospodarce. Ja bym się bardziej, niż aprecjacji złotego, obawiał jego deprecjacji. To mogłoby bardzo obniżyć wiarygodność naszego kraju wśród inwestorów i zwiększyć obsługę zadłużenia zagranicznego. Dla kraju, którego gospodarka właściwie stoi w miejscu, byłoby to zabójcze.

Ale chyba niewiele możemy zrobić. Analitycy z budapeszteńskiego oddziału włoskiego banku Intesa Sanpaolo stwierdzili wczoraj, że węgierski rynek akcji może spaść do końca roku nawet o 30 proc. A tu działa zasada domina - jak uciekać z Węgier, to i z Polski.
I właśnie to mnie martwi - wypada mieć nadzieję, że inwestorzy w końcu przestaną wrzucać nas i Węgry do jednego ryzykownego koszyka. Najgorsze, że mamy mnóstwo zagranicznego kapitału na giełdzie - te pieniądze można wycofać z dnia na dzień, z sekundy na sekundę i Polska zostaje bez miliardów. Bo jeśli kapitał się wycofuje, spada zaufanie do Polski, rośnie dług publiczny i długi gospodarstw domowych, zwiększa się dziura w finansach publicznych i nasza waluta ma coraz mniejsze znaczenie na świecie. Brr... Sam pan widzi, że aprecjacja nie jest tak straszna. Ba, ma nawet swoje zalety - niższe koszty obsługi zadłużenia, niższe raty kredytów do spłacenia, co sprzyja wzrostowi popytu wewnętrznego - mamy mniej długów, więc kupujemy i wzmacniamy naszą gospodarkę.

To nas na razie ratuje przed załamaniem gospodarczym - szczęśliwie jesteśmy zakupoholikami.
Ale i to może się skończyć, jeśli rząd zechce podwyższyć podatki uderzające w popyt. Wiele dziś zależy od władzy, która jest sternikiem tego rozhuśtanego stateczku na wzburzonym oceanie.

A ten sternik i jego pomocnicy, czyli premier Tusk z ministrami, bardzo się Panu nie podobają, prawda?
Sternik jest wielkim szczęściarzem, bo nie udało mu się wprowadzić w życie pomysłów, które skazywałyby gospodarkę na długotrwałą destrukcję. Myślę o planie, by wepchnąć siłą złotego do korytarza walutowego ERM2 i związać na dwa lata naszą walutę z euro. Nasze towary z miejsca stałyby się mniej konkurencyjne, jak w sąsiedniej Słowacji. Śmiertelność wśród naszych firm byłaby spora. Na szczęście w ostatniej chwili rząd wycofał się z tego pomysłu, bo kurs był wyjątkowo rozchwiany i nie zgodziłyby się na to kraje należące już do strefy euro.
Drugim fatalnym pomysłem była próba głębokich cięć wydatków publicznych. To typowe myślenie ministra finansów Jacka Rostowskiego. Czy wie pan, że on kiedyś, zanim został ministrem, publikował prace, w których opowiadał się za ścięciem wydatków publicznych o połowę? Przecież to szkodliwa utopia, podobnie jak inny dawny pogląd ministra, by jednostronnie, za wszelką cenę wprowadzić euro, nie oglądając się na zgodę Brukseli. Ze względów politycznych i zewnętrznych te plany spełzły na niczym. A więc Rostowski ze swoim radykalizmem przegrał, choć i tak ma w tej chwili właściwie monopol na kreowanie polityki gospodarczej w tym kraju, bo Tusk nie jest fachowcem w tej dziedzinie.

Załóżmy, że polscy sternicy posłuchają Pana i zrezygnują ze swoich niedojrzałych pomysłów. Co powinni zrobić teraz, by utrzymać polską walutę w ryzach?
W pierwszej kolejności powinni założyć, że nie przekroczymy 6 proc. deficytu w sektorze finansów publicznych. Niech to publicznie ogłoszą i dadzą wyraźny znak inwestorom: nie przekroczymy tego poziomu deficytu, więc nie ma powodu do obaw. To mogłoby powstrzymać na dobre deprecjację złotego. A potem od słów przejść do czynów. Na przykład nie prywatyzować na łapu-capu wszystkiego, co się da, żeby zachować trochę majątku w rękach państwa i nie dopuścić do pojawienia się na rynku ogromnej ilości zagranicznej gotówki. Bo to ani chybi uderzy w złotego. Rozsądna prywatyzacja będzie tymczasem zabezpieczeniem na kolejne lata, gdy polskie przedsiębiorstwa będą miały gorsze wyniki finansowe i nie będą mogły wypłacać dużych dywidend do budżetu. Zachowanie państwowego majątku w trudnych czasach jest bezcenne. Nie należy zapominać, że prywatyzacja to jednorazowy zastrzyk gotówki.

Jak naprawdę nas przyciśnie i gwałtownie spadną dochody do budżetu, to i tak nie uciekniemy od podwyżki danin. Sama prywatyzacja i wypłata dywidend nie wystarczy.
Ale tylko takich, które nie uderzają bezpośrednio w popyt na polskie towary. Dlatego jeśli już, to optowałbym np. za podwyżką akcyzy na benzynę. Paliwa składają się z importowanych komponentów, a rafinerie produkują dużo przy stosunkowo niewielkim zatrudnieniu, więc podwyżka akcyzy będzie stosunkowo łagodnym posunięciem, zarówno dla konsumentów, jak i dla producentów.

Wycisnąłby Pan coś jeszcze z podatków, by zasypać dziurę w budżecie? Wcześniej opowiadał się Pan za podwyżką podatków dla najbogatszych, ale to hamowałyby popyt. Więc jest jeszcze jakiś plan B lub C, który można zrealizować?
Należałoby np. uchylić podatek liniowy dla samozatrudnionych. Z tego podatku korzystają dziś nie tylko mniejsi przedsiębiorcy, ale też menedżerowie wyższego szczebla czy adwokaci, ponieważ pojęcie samozatrudnionego jest w polskim prawie wyjątkowo szerokie. Powinniśmy wprowadzić podatek progresywny, choćby dlatego, że ci mniejsi przedsiębiorcy uznają większą część wydatków za koszty uzyskania przychodu i tym samym unikają płacenia podatków. Może ze zniesienia podatku liniowego nie będzie gigantycznych pieniędzy dla budżetu, ale od czegoś trzeba zacząć.

Wydaje mi się, że możemy stawać na głowie, ale jak ocean zaleje statek, to i tak zatoniemy.
Reformy, m.in. podatkowe, pomogą nam jednak dłużej utrzymać się na powierzchni. Niestety kryzys ma to do siebie, że składa się z wielu faz - raz następuje odbicie, drugi raz znowu dół i depresja. Wielki Kryzys z lat 30. też miał kilka odbić, kiedy wydawało się, że już po krzyku. Dziś mamy do czynienia z takim właśnie odbiciem - pojawiają się np. pozytywne dane z rynku nieruchomości, poprawia się sytuacja na giełdach i dlatego też rośnie nasza waluta. Ale należy zawsze mieć w tyle głowy, że to może być chwilowe i że diabeł recesji czy - mówiąc łagodniej - spowolnienia gospodarczego wróci prędzej czy później.

Wiadomości Kraków, Wydarzenia Kraków

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!