Dzięki pomocy z Bocheńszczyzny święta polskich rodzin na Litwie będą weselsze [ZDJĘCIA]

Redakcja
Dodaj komentarz:
Udostępnij:
Polacy żyjący na Litwie to w większości ludzie niezwykle ubodzy. Status ich życia często przypomina zamierzchłe czasy. Dzięki pomocy płynącej od osób o wielkich sercach z naszego kraju, w tym z Bocheńszczyzny, Święta Wielkanocne będą dla nich jednak spokojne i wesołe.

Od dziewięciu lat naszych rodaków żyjących na Wileńszczyźnie bardzo wspiera Stanisław Dębosz z Bochni. Każdego roku organizuje nawet kilka transportów z najpotrzebniejszymi darami, jak jedzenie długoterminowe, środki sanitarne czy ubrania, które trafiają bezpośrednio do żyjących tam Polaków.

Wielokrotnie z nim rozmawiając na temat pomocy, jaką niesie, zawsze podkreślał, że osobom, które nigdy nie były na Litwie i nie widziały, w jakich warunkach żyją Polacy, ciężko wyobrazić sobie ich sytuację, a tym bardziej ją zrozumieć.

Pewnego razu zaproponował mi, abym się z nim tam kiedyś wybrał i zobaczył na własne oczy, jak to wszystko wygląda. Nie myśląc zbyt długo, bez wahania się zgodziłem. Byłem bardzo ciekaw, jak funkcjonują tam polskie rodziny, które - jak słyszałem z jego opowiadań - mieszkają w małych izbach po kilka osób, często bez kuchni i łazienki, a ich największym „skarbem” jest papier toaletowy.

Chociaż w pracy dziennikarskiej spotkałem na swojej drodze już wiele rodzin, które zmagają się z potworną biedą i ledwo co wiążą koniec z końcem, to jednak trudno było mi sobie wyobrazić, że w XXI wieku, w kraju należącym do Unii Europejskiej, może tak żyć kilkadziesiąt lub nawet kilkaset tysięcy osób.

Dlatego, gdy niespełna trzy tygodnie temu zadzwonił do mnie Stanisław Dębosz z informacją, że ma wolne miejsce
i mogę z nim jechać na Wileńszczyznę, bardzo się ucieszyłem. Do podręcznej torby wrzuciłem tylko trochę ubrań, buty oraz kanapki na drogę i byłem już praktycznie gotowy do wyjazdu.

Przygotowałem też kilka rzeczy, aby przekazać je naszym rodakom żyjącym na Kresach Wschodnich. Okazało się jednak, że samochód, którym jedziemy, jest już tak zapakowany, że nie wciśniemy do niego nawet igły. Dary, jakie chciałem podarować, musiałem więc pozostawić w domu. Będę je jednak chciał przekazać podczas kolejnego
wyjazdu z pomocą na Litwę.

Poniedziałek. 8 kwietnia. Godzina 21. Wraz ze Stanisławem Dęboszem jedziemy jego samochodem do Tarnowa,
gdzie przed siedzibą Polskiej Spółki Gazownictwa, w której pracuje i która mocno wspiera go w jego działaniach, czeka na nas już duży dostawczak wypełniony po brzegi prezentami oraz pozostałe osoby, które mają z nami jechać.

Po drodze dużo rozmawiamy na temat akcji, którą organizuje. Opowiada mi m.in. o sytuacji sprzed kilku lat, kiedy mały chłopiec, dostając paczkę, w której znajdowały się różnego rodzaju łakocie, wyjmuje z niej najpierw cukier i go całuje. - Było to dla mnie ogromne wzruszenie. Miałem wtedy łzy w oczach - mówi Stanisław Dębosz. Dodaje jednocześnie, że pomoc naszym rodakom daje mu wiele radości i satysfakcji. Podkreśla, że czuje się zobowiązany ją nieść, ponieważ problemy Polaków na Litwie, głównie ze względów politycznych, cały czas się nawarstwiają.

I tak, dyskutując o problemach naszych rodaków za wschodnią granicą, dojeżdżamy do Tarnowa. Tam czekają na nas trzy pozostałe osoby. Nie znałem ich. Od razu wydali mi się niezwykle sympatycznymi ludźmi. I rzeczywiście takimi się okazali. Wśród nich był nasz kierowca Stanisław Sroczyński, który od samego początku jeździ ze Stanisławem Dęboszem na Litwę, jego syn Mateusz, który również od kilku lat jest mocno zaangażowany w akcję oraz jego kolega Maciej Rodak, który, podobnie jak ja, wybrał się pierwszy raz na Wileńszczyznę.

Jechaliśmy nocą. Drogi były puste, więc szybko umykały kolejne kilometry. Po niespełna dwunastu godzinach byliśmy już na Litwie. Zatrzymaliśmy się w niewielkim miasteczku Landwarów oddalonym o niecałe 20 km od Wilna. Tam bardzo ciepło przyjęły nas bezhabitowe siostry zakonne ze zgromadzenia Najświętszego Imienia Jezus, które zapewniły nam nocleg i wyżywienie.

To właśnie u nich mieliśmy swoją bazę. Zaraz po przyjeździe zrzuciliśmy ze samochodu wszystkie rzeczy. Było ich blisko 3,5 tony. Następnie zaczęliśmy z nich tworzyć paczki świąteczne, które w kolejnych dniach planowaliśmy rozwozić po całej Wileńszczyźnie. Chociaż pracy było bardzo dużo, każdy z nas wykonywał ją z uśmiechem na ustach, wiedząc, że robi coś dobrego i pożytecznego.

Pierwszy dzień pobytu na Litwie zleciał nam więc bardzo szybko. W środę natomiast z samego rana z paczkami ruszyliśmy w trasę. I tak najpierw dotarliśmy z nimi do polskiego przedszkola oraz szkoły podstawowej w Duksztach. Po drodze zobaczyłem, jak biednie żyją nasi rodacy. Większość domów, koło których jechaliśmy, było drewnianych i bardzo starych. Niektóre z nich wyglądały, jakby zaraz miały się zawalić. Dzieci, które dostały od nas
świąteczne upominki, były niezwykle szczęśliwe. W ich oczach było widać wzruszenie, a na ich ustach malowały się wielkie uśmiechy. Wszystkie mówiły piękną polszczyzną. Po ich ubraniach, a szczególnie po butach, widać było, że w ich domach się nie przelewa. Chciały nam jednak podziękować najpiękniej, jak tylko mogą, za to, co otrzymały. Dlatego przygotowały dla nas specjalny apel. Pani dyrektor ugościła nas natomiast pysznym obiadem. Wtedy po raz pierwszy miałem okazję skosztować kołdunów, które są tradycyjną potrawą kuchni litewskiej, a w smaku i wyglądzie przypominają nasze pierogi z mięsem.

Podczas obiadu dużo rozmawialiśmy. Pani dyrektor odpowiadała o tym, jak naszym rodakom żyje się ciężko na Litwie. - Po wprowadzeniu euro, ceny w sklepach tak niesamowicie poszły do góry, że niektórym nie wystarcza nawet na podstawowe rzeczy - podkreślała Czesława Bartoszewicz, która kieruje placówką w Duksztach już
od kilkudziesięciu lat.

Stamtąd pojechaliśmy dalej. Najpierw zawitaliśmy na chwilę do małej szkółki w Korwie, gdzie rozdaliśmy paczki dzieciom. Nie przesiadywaliśmy tam zbyt długo, ponieważ chcieliśmy zdążyć jeszcze jechać w kolejne miejsca.

Naszym następnym przystankiem była polska placówka w Rzeszy. Tam również niezwykle ciepło zostaliśmy przyjęci przez dyrekcję i grono pedagogiczne szkoły, jak i blisko 150 dzieci. - Ich liczebność z każdym rokiem delikatnie wzrasta, co nas niezwykle cieszy - mówiła Lilia Sadajska, dyrektor szkoły podstawowej w Rzeszy, noszącej imię św. Faustyny Kowalskiej.

Z Rzeszy pojechaliśmy z darami do Hospicjum im. Błogosławionego ks. Michała Sopoćki do Wilna, prowadzonego przez niezwykłą osobę, jaką jest polska siostra Michaela Rak ze Zgromadzenia Sióstr Jezusa Miłosiernego.

W 2008 roku przeniosła się z Gorzowa Wielkopolskiego do Wilna, gdzie rozpoczęła remont odzyskanego przez Kościół budynku, w którym przed wojną mieszkał ks. Sopoćko. Otworzyła w nim pierwsze na Litwie stacjonarne hospicjum. W kraju, w którym nawet minister zdrowia przyznała się do wręczenia łapówki lekarzowi, nikt nie wierzył, że da się umrzeć po królewsku zupełnie za darmo. Siostra Michaela Rak pokazała jednak, że nie ma rzeczy niemożliwych. - Mamy tylko czternaście łóżek. Nasze hospicjum przez ten czas przyjęło już jednak kilka tysięcy osób - podkreśla.

Siostra Michaela robi na Wileńszczyźnie i na całej Litwie tyle dobrego, że wcale bym się nie zdziwił, gdyby kiedyś została błogosławioną, a być może nawet świętą. Jest to postać niezwykła. Dzięki jej inicjatywie w ubiegłym roku ruszyła budowa hospicjum dla dzieci, które być może uda się otworzyć jeszcze przed końcem tego roku.

Dzięki siostrze Michaeli miałem okazję poznać znaną na całej Litwie Annę Adamowicz, działającą pod pseudonimem Ciotka Franukowa konferansjerkę wielu imprez i festiwali folklorystycznych. Oprowadziła nas po Wilnie i pokazała najpiękniejsze miejsca tego miasta. Wśród nich była m.in. Ostra Brama. Przed znajdującym się
tam cudownym obrazem Matki Boskiej w krótkiej modlitwie prosiłem o poprawę życia dla Polaków mieszkających na Litwie. Kto wie, być może moje prośby zostaną wysłuchane...

Ten dzień na Litwie dostarczył mi wile niezwykłych wrażeń, które na pewno na długo pozostaną w mojej pamięci. Tak samo zresztą, jak kolejny.

W czwartek pierwszym miejscem, do którego przyjechaliśmy z darami, była szkoła podstawowa w Podborzu, gdzie odbyliśmy krótką wizytę.

Z niej pojechaliśmy do miejscowości Butrymańce, gdzie odwiedziliśmy ks. Józefa Aszkiełowicza, proboszcza parafii pw. Św. Michała Archanioła, który przez wielu jest uważany za nieformalnego biskupa Wileńszczyzny. Skierował do nas słowa, które na pewno bardzo długo pozostaną w mojej pamięci. - Dary, które przywieźliście, są jak amunicja, która pozwala przetrwać. Jesteście współczesnymi żołnierzami Armii Krajowej - mówił ks. Aszkiełowicz.

Naszym kolejnym punktem było gimnazjum w Butrymańcach. Jak tylko podjechaliśmy pod szkołę, od razu wybiegła z niej młodzież, która bardzo ciepło nas przywitała i pomogła wnosić torby z darami. Podobnie, jak w większości szkół, które odwiedziliśmy, nie obyło się również bez poczęstunku oraz apelu w podziękowaniu za prezenty. Pani dyrektor szkoły długo z nami rozmawiała.

Podkreślała, że Polacy żyjący na Wileńszczyźnie mają zazwyczaj bardzo dobre relacje ze swoimi sąsiadami Litwinami, czy Rosjanami. Kłótnie między narodami są powodowane natomiast przez problemy, jakie powstają
w gabinetach tamtejszych polityków. - Życie tutaj nie jest łatwe. Robimy jednak wszystko, co tylko możemy, aby było coraz lepiej - zaznacza Teresa Sawiel z gimnazjum w Butrymańcach.

Kolejną miejscowością, do której zajechaliśmy, była niewielka wieś Podstawki, gdzie przekazaliśmy dary dwóm polskim rodziną żyjącym w niesamowitej wręcz nędzy.

Ostatnim naszym punktem była natomiast szkoła w Rakańcach. Po krótkiej wizycie, wróciliśmy do naszej bazy
w Landwarowie. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w Ponarach, dzielnicy Wilna, gdzie w czasie II wojny światowej dochodziło do masowych mordów dokonywanych przez oddziały SS, policji niemieckiej i kolaboracyjnej policji litewskiej. Ofiary przywożono pociągami lub ciężarówkami, rozstrzeliwano i grzebano w niedokończonych zbiornikach paliwa. Wymordowano tam około 100 tysięcy osób. Po nocy spędzonej u sióstr ze zgromadzenia Najświętszego Imienia Jezus w piątkowy ranek wyruszyliśmy w drogę powrotną do Polski.

To, co przez te kilka dni zobaczyłem na Litwie, uświadomiło mi, że w Polsce często nie doceniamy tego, co mamy. Dzięki tej wizycie doskonale zrozumiałem także, że pomoc żyjącym na Wileńszczyźnie Polakom rzeczywiście jest niezwykle potrzebna.

Szczególnie trzeba zatroszczyć się o dzieci i młodzież, które tam mieszkają i nie mają możliwości dobrego wystartowania w dorosłe życie. Dlatego osobom, które starają się im w jakiś sposób pomóc, należy się wielki, ale to naprawdę wielki szacunek. Wśród nich jest wiele osób indywidualnych oraz różnego rodzaju instytucji z całej Polski, które przekazując dary, przyczyniają się do tego, że nasi rodacy na Kresach Wschodnich mogą w miarę normalnie funkcjonować.

Bochnia

Mięsożerni mężczyźni bardziej szkodliwi

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie